Radosław Panas cz.4
Ola Piskorska: Panie trenerze, był pan drugim asystentem Castellaniego w minionym sezonie reprezentacyjnym. Jak do tego doszło?
Radosław Panas: - Rok wcześniej byłem trenerem reprezentacji B. Trener Castellani szukał ludzi, którzy mogą mu pomóc. Ja byłem bardzo chętny do współpracy. Bardzo się cieszę, że taką propozycję otrzymałem i bez zastanowienia podjąłem wyzwanie.
Był pan cały czas z kadrą?
- Tak, byłem z nimi od pierwszego dnia zgrupowania do ostatniego, tylko do Izmiru nie poleciałem, bo zacząłem już treningi z Politechniką. Samodzielnie pracowałem z grupą chłopaków, którzy później zaczęli, czyli z tymi bardziej doświadczonymi: Zagumnym, Świderskim, Gruszką, Plińskim, Gackiem i Wiką. Ja i argentyński trener od przygotowania fizycznego Daniel Lecuona prowadziliśmy z nimi zajęcia indywidualne, podczas gdy reszta reprezentacji jeździła po świecie grając w Lidze Światowej.
Jak pan ocenia tegoroczną reprezentację, tych zawodników? Był pan czymś zaskoczony?
- Przede wszystkim eksplozją talentu kilku młodych chłopaków. Wiadomo było, że oni grają bardzo dobrze, są ambitni, prędzej czy później zagrają w reprezentacji. Nikt się jednak nie spodziewał, że oni zrobią tak ogromne postępy i będą w stanie zdobyć Mistrzostwo Europy. Mam tu na myśli m.in. Kurka, Bartmana, Łomacza czy Jarosza. Oni rok wcześniej byli w kadrze B czyli zapleczu pierwszej reprezentacji, a po jednym sezonie ligowym stali się podstawowymi zawodnikami kadry. Trener dał im szansę gry w Lidze Światowej, a oni pokazali się z dobrej strony. Potem skład został uzupełniony tymi bardziej doświadczonymi zawodnikami i wszystko zadziałało.
Zwycięzców się nie sądzi, ale czy pan uważa, że to była dobra decyzja Castellaniego zabrać prawie samych młodych zawodników na Ligę Światową?
- Z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że to była idealna decyzja. Przedtem trener Lozano jakby się bał zaryzykować, wziąć pełną odpowiedzialność za taką decyzję. Powołał kilku młodych chłopaków, ale ta meczowa dwunastka była bardzo hermetyczna. Ciężko było się do niej przebić. A trener Castellani z premedytacją postawił na tych młodych chłopaków i oni mu się odwdzięczyli dobrą grą. Gdyby Kurek czy inni nie rozegrali tych kilkunastu spotkań w Lidze Światowej, to potem nie wiadomo jakby sobie poradzili w trudnych meczach na ME, czy w turnieju kwalifikacyjnym do Mistrzostw Świata. Więc ta decyzja Castellaniego to był strzał w dziesiątkę. Było to ryzykowne, bo wiadomo, że w Polsce jest wielka presja i wszyscy chcą wyników i zwycięstw w każdym meczu, ale trener to spokojnie wytrzymał.
A presja była szczególnie duża w Lidze Światowej podczas tych meczów rozgrywanych w Polsce.
- Faktycznie było kilka bolesnych porażek z Brazylią czy z Finlandią. Ale potem ci, którzy tak bardzo krzyczeli i narzekali, zmienili o 180 stopni swoją opinię. Warto było poświęcić tę edycję Ligi Światowej dla historycznego mistrzostwa Europy.
A panu osobiście podobała się ta koncepcja od początku?
- Ja jestem znany z tego, że w swojej pracy trenerskiej daję szansę młodym zawodnikom. Być może wybrałbym kilku innych, może inaczej to poukładał, ale sam pomysł był bardzo dobry. Ważne też, że paru młodych zawodników, Drzyzga, Buszek, choć nie weszli do tej meczowej czternastki, to dostali szansę treningu z pierwszą reprezentacją, to też było dla nich duże przeżycie, które zaprocentuje w przyszłości.
Jakie podejście miał Daniel Castellani do tych młodych zawodników?
- Przede wszystkim ogromny spokój i anielska cierpliwość. Od początku zwracał uwagę na błędy, złe nawyki, analizował to na video i systematycznie to korygował, jednocześnie nie gasząc w chłopakach ich wielkiego entuzjazmu. Przekazywał im swoją wizję gry, swoją filozofię. I powolutku, trening za treningiem, mecz za meczem, wszystko szło w dobrym kierunku. Chłopcy chłonęli tę wiedzę, niektórzy z oporami, niektórzy mniej, ale wszyscy trenerowi zaufali.

Trener Castellani wprowadza ostrą dyscyplinę?
- Nie ma takiego drylu wojskowego. Nikt się nie kłania w pas, nikt nie staje na baczność, nawet nikt nie mówi panie trenerze. Zawodnicy z trenerami są po imieniu. Oczywiście, jeśli przychodzi czas na zajęcia treningowe, to każdy wie, że trzeba do tego podejść maksymalnie skoncentrowanym. Nikt nie robi głupot. Ale między treningami i po zajęciach jest czas wolny, kiedy nikt nikogo nie sprawdza po pokojach, nikt nikomu nie patrzy na ręce. Jest duże zaufanie. Trener Castellani jest zwolennikiem samokontroli zawodników i wydaje się, że to przyniosło spodziewane efekty, żadnych ekscesów nie było.
Niektórzy młodzi zawodnicy dostawali mniej szans niż inni, ale mówili publicznie, że oni się nie czują urażeni tym, że regularnie lądują na trybunach i rozumieją to.
- To prawda, nie było obrażania się czy krytykowania decyzji trenera. Każdy to przyjmował ze zrozumieniem. To świadczy o tym, że ta grupa była i jest bardzo zżyta i zgrana, wie, do czego dąży i ma określony cel. Oczywiście każdy ma swoje ambicje. Ale trener od początku jasno stawiał sprawę, że dla niego liczy się zespół, a nie indywidualne statystyki. Wszystko jest podporządkowane temu , żeby zespół grał jak najlepiej. A wtedy te nagrody indywidualne przyjdą same. To się potwierdziło, było MVP dla Gruszki i nagroda indywidualna dla Zagumnego. Jego filozofia się sprawdziła, nikt się nie obrażał, każdy starał się dać na treningu z siebie jak najwięcej, pomóc koledze.
Czy spodziewał się pan złotego medalu?
- Szczerze powiedziawszy złotego nie. Medalu tak, nawet podczas pożegnania z chłopakami na ostatnim zgrupowaniu powiedziałem, że trochę żałuję, że nie mogę z nimi jechać, bo czuję, że wrócą z medalem. A ja jeszcze nie mam w dorobku medalu z Mistrzostw Europy. Spotkało się to z dużym aplauzem chłopaków, bo wszyscy sobie zdawali sprawę, że jest szansa na medal. Ale nie myślałem o złotym.
Oglądał pan wszystkie mecze? W jakimś momencie przyszło panu na myśl, że jednak będzie złoty?
- Oglądałem oczywiście. Muszę przyznać, że miałem kilku innych faworytów. Przed samymi zawodami stawiałem na Serbów, udane połączenie wielkich gwiazd i młodych chłopaków, i to fantastycznie zagrało w Lidze Światowej, szczególnie w finale. Oczywiście Rosjanie, odwieczny faworyt. Bułgarzy, z którymi graliśmy przed mistrzostwami i sprawiali bardzo dobre wrażenie, silny zespół z bardzo doświadczonym włoskim trenerem. Myślałem, że któraś z tych trzech drużyn będzie mistrzem kontynentu. A tymczasem my mieliśmy dobrą drabinkę i graliśmy coraz lepiej z meczu na mecz. Kluczowy był półfinał, gdzie szczęśliwie nie trafiliśmy na Rosjan, tylko na Bułgarów i zagraliśmy świetne spotkanie.
A spodziewał się pan, że będziemy grali w finale z Francją?
- Nie. Wielu ekspertów twierdziło, że nasza grupa jest najsłabsza, a okazało się, że dwa zespoły z naszej grupy były w finale. To było nie do przewidzenia. Trzeba przyznać, że Francuzi byli już o krok odpadnięcia. To chyba Rosjanie bardziej przegrali ten półfinał, niż Francuzi go wygrali. Rosjanom brakowało kilku skończonych piłek i mielibyśmy zupełnie innego przeciwnika. Rosjanie to mordercza siła, ale z drugiej strony te nasze mecze z nimi mają taki dodatkowy, historyczny kontekst. No i to zawsze właśnie ZSRR stawał nam na drodze do tego tytułu mistrza Europy, pięciokrotnie przegraliśmy z nimi finał. Wiec byłby to ciekawy mecz z podtekstami, ale dobrze, że do niego nie doszło.
Czego się pan nauczył od Castellaniego przez te trzy miesiące?
- Dużo wyniosłem z treningu, z prowadzenia zajęć. Poza tym kilka ćwiczeń, wskazówek, jeśli chodzi o prowadzenie zespołu, o prowadzenie indywidualne zawodników, całe przygotowanie taktyczne zespołu do meczu.
Dla niego taktyka jest podobno bardzo ważna?
- Dla wszystkich jest, na tym poziomie nie ma już miejsca na improwizację. Ogromną pracę wykonali skauci, którzy dzień w dzień już od pierwszego dnia zgrupowań przygotowywali dane do założeń taktycznych. Sporo się też nauczyłem, jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne zawodników. To nie była sprawa tylko Castellaniego, był z nami wspomniany wcześniej Daniel Lecuona, który był za to odpowiedzialny. Sporo czasu spędziłem z nim na rozmowach, bo wiedziałem, że w Warszawie nie będziemy mogli sobie pozwolić na sprowadzenie trenera od przygotowania fizycznego.
Ma pan zamiar kiedyś być trenerem reprezentacji Polski?
- Każdy trener siatkarski chyba o tym marzy. Ja też mam w swoich planach czy marzeniach poprowadzenie reprezentacji w dalekiej przyszłości. Na razie oczywiście życzę obecnym trenerom, żeby pracowali jak najdłużej (śmiech). Trzeba sobie stawiać plany, mieć ambicje, dążyć do zrealizowania tego marzenia, ale nie można zapominać o tym, że ludzi z takimi planami jest co najmniej kilkunastu w Polsce. Bardzo się cieszę, że ja już byłem w tym sztabie kadry Polski, miałem możliwość poznania tej atmosfery.

Zastanawiał się pan kiedyś, co by pan robił w życiu, jeśli nie siatkówka?
- Odkąd sięgam pamięcią, to siatkówka była w moim życiu. Zawsze przed oczami była piłka. Gdyby nie siatkówka, to musiał by być inny sport, bo ja od dziecka bardzo lubiłem ruch, może piłka nożna czy koszykówka.
Czy kibicuje pan jakimś innym dyscyplinom?
- Dużo czasu spędzam przed telewizorem w wolnych chwilach i wtedy właśnie głównie sport oglądam. To jest też dla mnie takie lekarstwo na stres, czasem na zmęczenie, sposób na odreagowanie. Bardzo lubię oglądać piłkę nożną, ligę angielską czy hiszpańską oglądam z zapartym tchem. Też koszykówkę, piłkę ręczną w męskim wydaniu, szczególnie jak gra nasza reprezentacja, bardzo to przeżywam. Chłopaki grają świetnie, widać, że to jest taki sport dla twardzieli. Tam nic nie oddziela jednego od drugiego. Kiedyś była dobra drużyna piłki ręcznej w Opolu, Gwardia Opole, i ja często chodziłem na ich mecze. To mnie wtedy pasjonowało. Bardzo lubię też oglądać snookera, kiedyś sam grałem w wolnych chwilach. Uwielbiam oglądać tę dyscyplinę, bo wprowadza spokój i harmonię. Wydaje się, że tylko odbijają kulki, a jest w tym cała taktyka, strategia, wielkie emocje.
A poza telewizją co pan robi w wolnym czasie?
- Kiedy przychodzi koniec sierpnia, wrzesień, październik, to kiedy tylko mogę, uciekam do lasu i zbieram grzyby. W tym sezonie jestem trochę zawiedziony, bo pogoda była kiepska i grzybów nie było. Od dziecka uwielbiam chodzić na grzyby. To jest dla mnie relaks, tak samo jak wędkowanie. Takie rzeczy pozwalają mi uwolnić się od emocji związanych ze sportem. Wpatrywanie się w spławik czy chodzenie za tym grzybem kilometrami bardzo mnie uspokaja.
Nałogi?
- Nie palę, nie piję kawy, rzadko piję alkohol. Nałogiem jest telewizja, oglądam dużo, choć lubię też poczytać prasę czy posłuchać muzyki. Innych większych nałogów sobie nie przypominam (śmiech).
Urodził się pan w Opolu, ale sporą część życia spędził pan w Częstochowie. Czuje się pan jest Opolaninem czy Częstochowianinem?
- Pół na pół. Nie chcę faworyzować żadnego z tych miast. Akurat połowę życia spędziłem w Opolu, a drugą połowę głównie w Częstochowie. Z urodzenia jestem Opolaninem i chwalę się tym, bo jest się czym chwalić. Z tego miasta wyrosłem i dobrze się tam czuję, tam jest dobry klimat, zawsze z przyjemnością wspominam moje szkolne czasy, sporo kumpli, z którymi do dziś się spotykam. Aczkolwiek moje dorosłe życie jest związane jednak z Częstochową.
Czego panu brakuje najbardziej w Warszawie?
- Niczego. Czuję się tu bardzo dobrze. Sporo czasu spędzam na sali, na treningach i poza treningami w domu na analizie gry. Podporządkowałem całe swoje obecne życie temu klubowi i chcę jak najwięcej tutaj zrobić. Mieć czyste sumienie i cząstkę siebie zostawić. Nie mam więc zbyt dużo czasu i możliwości na szczegółowe poznawanie Warszawy.
Nie tęskni pan za Częstochową?
- W Częstochowie jestem przynajmniej raz w tygodniu, to jest tylko 200km i łatwa droga.
Zbliżają się Pana 40 urodziny. To dla ludzi jest często moment podsumowań swojego życia. Ma pan już jakieś przemyślenia?
- To prawda, równo za pół roku stuknie mi 40, dzisiaj tak jak w serialu mam właśnie 39,5 (śmiech). Mam się czuć już staro? Czy to już trzeba całe swoje życie podsumowywać?
Całe to nie, ale może to, co minęło?
- W jednym wywiadzie Morrissey, wokalista z The Smiths, kończąc 40 powiedział, że on ma 30 i 10 lat. To mi się bardzo podobało i ja też mam 30 i 10 (śmiech). Na razie moja kariera siatkarska, czy trenerska rozwija się harmonijnie. Nawet nie marzyłem wcześniej, że tak dobrze to wszystko będzie się układać. Skończę tę czterdziestkę, a już mam Puchar Polski, finał Mistrzostw Polski i współpracę z reprezentacją na koncie.
To były właśnie pana marzenia, które się spełniły?
- Tak. Ja zawsze chciałem po skończeniu gry być trenerem, ale to wszystko bardzo szybko się potoczyło. Czasem z gorszym skutkiem, jak w Sosnowcu, czy z bardzo dobrym jak w Częstochowie. Na razie się układa tak, jakby człowiek sobie to wymarzył i mam nadzieję, że się to brutalnie nie skończy, tylko będzie dalej trwało. Jeszcze jest parę rzeczy do zrobienia. Staram się być optymistą. Jak tak dobrze było do tej pory, to dlaczego tak ma nie być dalej?
Jedno niepowodzenie chyba nie jest w stanie złamać kariery trenerskiej?
- Jak mówią sportowcy: jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz. Trzeba uważać, żeby nie wypaść z obiegu. Nikt nie lubi przegranych. Wszyscy wolą pracować ze zwycięzcami, z ludźmi, którzy się mogą czymś pochwalić. Ja podchodzę do wszystkiego z pokorą, staram się ciężko pracować, bo wierzę, że jeśli ktoś wykonuje swój zawód solidnie, to efekty przyjdą prędzej czy później.
Czy jest coś, czego pan żałuje w życiu?
- Żałuję, że mam więcej srebrnych medali, niż złotych. Można było parę więcej finałów wygrać. Żałuję też odrobinę, że za czasów mojej kariery zawodniczej ta siatkówka nie była tak bardzo popularna jak teraz. Ja trafiłem akurat na taki przejściowy okres, bo bardzo dobre warunki mieli też sportowcy, którzy grali w latach 70- tych i 80- tych. Te kluby górnicze, hutnicze, wojskowe, milicyjne. A potem przyszedł okres transformacji i klubom było ciężko związać koniec z końcem.
Co jest dla pana w życiu najważniejsze?
- Wiele rzeczy. Najważniejsze jest poukładane życie rodzinne. Zapewnienie szczęścia nie tylko sobie, ale bliskim osobom. Żeby być przede wszystkim w porządku wobec siebie i wobec innych. Miałem kiedyś trenera, który mówił, że najważniejsze jest móc co rano spokojnie spojrzeć sobie w lustrze w twarz i ja mogę się pod tym zdaniem podpisać.
Rozmawiała Ola Piskorska
wstecz ^ Do góry Drukuj stronę

























